środa, 16 maja 2012

Szufladki, koszyczki, kubeczki - czyli jak mieszkają moje kosmetyki


Cześć kochane!

Odkąd od niedawna moja kolekcja kosmetyków drastycznie się powiększyła, zaczęło brakować mi miejsca na jakieś sensowne przechowywanie ich. Tak jak wcześniej starczał mi jeden koszyczek lub niewielka kosmetyczka, tak teraz pękały w szwach wręcz błagając o choć częściowe opróżnienie. Zastanawiałam się długi czas do czego by tu upchnąć te wszystkie opakowania.. Plastikowe, kolorowe szufladki prezentowane na większości blogów w ogóle nie przypadły mi do gustu. Pomimo swojej funkcjonalności wygląd totalnie nie pasował do wystroju moich czterech ścian.. Prowadziłam długie poszukiwania i tak natrafiłam na mini komodę z Ikei! Gdy tylko ja zobaczyłam wiedziałam, że to jest to ;) Produkt dostępny TUTAJ jak i w sklepach stacjonarnych. Cena niezbyt wygórowana jak dla mnie. Drewniane i to w kolorze jaki idealnie pasuje do moich mebli :) Dodatkowo można ją pokryć bejcą jak komuś zamarzyłby się inny kolor. Komódka jaką dla siebie wybrałam ma łącznie 6 szufladek : trzy małe, dwie średnie i jedną dużą. Jest także dostępna mniejsza z 4 szufladkami, zobaczycie ją TUTAJ. Odkąd mam tą komódkę każdy produkt ma swoje miejsce i nie pałęta po kątach ;) Szufladki są wbrew pozorom bardzo pojemne i w miarę solidnie wykonane. Początkowo trochę ciężko 'chodzą' jednak szybko się wyrobiły i teraz już ładnie się je wysuwa :)


W górnej szufladce nr. 1 od lewej znajdują się podkłady.


Obok tusze do rzęs, korektory i baza pod cienie.


 W kolejnej szufladce nr. 3 : eyelinery w żelu i kałamarzu i kredki do oczu.


 Przechodząc poziom niżej : pudry, bronzer i róże.


 Obok produkty do ust : konturówki, szminki i błyszczyki.


 I na najniższym poziome, miejsce honorowe zajmują : pojedyncze cienie do powiek i paletki :)


Jeżeli jesteśmy już przy przechowywaniu.. Należałoby jeszcze pokazać gdzie mieszkają pędzle!
Wcześniej zajmowały zwykłą szklankę do whisky.. Jednak poszukiwałam bardziej kreatywnego pomysłu i tak natrafiłam na zdjęcie w internecie przedstawiające pędzle umieszczone w dużym, szklanym naczyniu wypełnionym żwirkiem. Tak mi się ten pomysł spodobał, że postanowiłam go perfidnie zerżnąć :P I tak w Leroy Merlin zaopatrzyłam się w szklany pojemnik, a kuleczki z tego samego materiału podkradłam mamie :D I tak prezentuje się mieszkanko dla pędzli, powiem Wam, że jest bardzo funkcjonalne i nawet nie sprawia tak dużego problemu z myciem jak myślałam :)



Na koniec.. resztę szpargałów, które muszę mieć zawsze pod ręką takie jak zalotka, paletka do brwi czy Carmex upchnęłam w (jakżeby inaczej) fioletowym koszyczku, który zawsze leży obok lustra (także Ikeowskiego, btw. bardzo znanego - KLIK) przy którym wykonuję swój makijaż (zawsze przy dziennym świetle) :)







I to już wszystko. 
Mam nadzieję, że komuś pomogłam w kwestii umiejscowienia swoich kosmetyków :)
A Wy jak przechowujecie swoje dobrodziejstwa? :)




Pozdrawiam,




wtorek, 15 maja 2012

Stare na nowe - czyli ostatnie zużycia


Witam kochane :)

Mam dzisiaj dzień wolny więc tym samym postanowiłam wreszcie się zrehabilitować i napisać porządny post dotyczący moich zużyć, które od miesiąca zbierały kurz. Pogoda dziś nie sprzyja także trochę nagimnastykowałam się żeby zrobić w miarę ostre zdjęcia.. Ale nie będę narzekać, cieszę się, że w końcu do Was wracam :*

Żeby nie było nudno postanowiłam oprócz krótkiej recenzji zużytych produktów pokazać Wam też czym zastąpiłam puste opakowania. 

Olejek Alterra migdał i papaja zamieniłam na wersję limonka i oliwka.


Olejków używam głównie do olejowania włosów. 
Wersja migdał i papaja ma bardzo słodki, cukierkowy zapach. W jego składzie znajdują się m.in takie oleje jak : migdałowy, z pestek winogron, sezamowy, z jojoby oraz wyciąg z papai.Moje włosy po tym olejku są niesamowicie puszyste, lśniące, miękkie oraz dłużej zachowują świeżość. Uwielbiam ten olejek. Postanowiłam jednak wypróbować inną kombinację. Wersja limonka i oliwka pachnie bardziej cytrusowo, moim zdaniem lepiej :) W składzie znajduje się : olej z pestek winogron, olej migdałowy, olej z wiesiołka, olej z jojoby, oliwa z oliwek, olejek z limonki. Niestety ta wersja olejku trochę mnie zawiodła, jest zdecydowanie gorszy niż jego poprzedni brat, tak więc zużyję go do masażu i nawilżenia skóry po prysznicu.

Płyn micelarny AA Ultra Odżywianie zastąpiłam wersją Ultra Nawilżanie.

Ultra Odżywianie pachnie zdecydowanie lepiej niż Ultra Nawilżenie, ale nie zmywa tak dobrze makijażu. Obie wersje pozostawiają na twarzy lepką powłokę, jednak mnie to nie przeszkadza, ponieważ płynu micelarnego używam do demakijażu przed wieczornym myciem twarzy żelem. 
Wersja Nawilżanie dodatkowo korzystnie wpływa na moją skórę twarzy, pojawia mi się mniej zaskórników i wyprysków a skóra jest napięta - efektu tego nie zważyłam podczas używania wersji Odżywianie więc nie kupię jej ponownie. Oba płyny nie usuwają makijażu wodoodpornego!

Tonik nagietkowy Ziaja - nie zamienię na nic innego :D


 Bez tego produktu moja pielęgnacja twarzy nie istnieje, jest moim absolutnym must have! Używam go rano i wieczorem przed nałożeniem kremu. Próbowałam paru innych toników z różnych firm, jednak zawsze coś mi w nich przeszkadzało. Ten idealnie przygotowuje moja cerę do przyjęcia kremu, delikatnie pachnie. Zauważyłam że gdy go używam moja skóra jest gładka, ma jednolity koloryt a wypryski pojawiają się naprawdę sporadycznie! Będę go używać póki nie zostanie wycofany, co mam nadzieję, nigdy nie nastąpi :D

Dwufazowy płyn micelarny Ziaja - po co zmieniać coś co jest tanie i dobre? ;)


Jeden z tańszych dwufazowych płynów do demakijażu, moim zdaniem jest wydajny gdy się go używa z głową, a nie bezmyślnie wylewa na wacik. Ładnie rozpuszcza wodoodporny tusz do rzęs i kredkę żelową Avon Supershock - czyli to z czym nie radzi sobie micel z AA. Nie podrażnia mnie i nie uczula (noszę soczewki kontaktowe). Jest dość tłusty, jednak ja i tak zawsze po demakijażu myję całą twarz żelem.

Szampon wzmacniający Garnier Fructis do włosów normalnych, szybko przetłuszczających się zamieniłam na Garnier Drożdże piwne i owoc granatu do włosów cienkich i bez objętości.


Fructis ma delikatny, przyjemny zapach. Faktycznie przedłużał świeżość moich włosów. Nie obciążał, dobrze domywał oleje. Włosy są po nim sypkie i miękkie. Zstąpiłam go wszech obecnie wychwalanym szamponem z drożdżami piwnymi i owocem granatu. Mam też odżywkę z tej serii. Użyła tego szamponu tylko raz i nie powiedziałabym że mam włosy uniesione - wręcz przeciwnie są jakby trochę obciążone :( Jednak jutro ide do fryzjera 'odświeżyć' moją fryzurę tak więc może gdy włosów będzie mniej lepiej się sprawdzi.

Żel pod prysznic Kamill rabarbar & limonka zamieniłam Peelingiem pod prysznic Wellness&Beauty pomarańcza i owoc granatu.


Żel z Kamill pachnie OBŁĘDNIE!!!!!!!!!!!! Niesamowicie świeży, energetyzujący zapach, na upały będzie genialny. Na pewno kupię jeszcze nie jedno opakowanie i Wam też polecam :)
Tymczasowo używam peelingu z Wellness&Beauty zapachem prawie dorównuje Kamill, a do tego ma bardzo fajne drobinki, trochę przypominają mi te które znajdziecie w peelingu do twarzy z Synergen tym różowym jednak jest ich mniej, tak więc na odzień spokojnie można używać fundując sobie przyjemny masaż pod prysznicem :)

Lakier do włosów Wella lśniący kolor 4 zastąpiłam Taftem Volume 4.


Lakiery są do siebie podobne - utrwalają bez sklejania włosów, jednak zauważyłam że Taft wysusza włosy gdy się go za długo używa, tak więc gdy zużyję mojego zamiennika powrócę do Welli.

Perfumentka Avon Incandessence zamieniona na Frosted Swirls.


Rzecz genialna do kosmetyczki o pojemności 15ml!
 Zapach Incandessence zdecydowanie bardziej mi się podobał, był taki.. delikatniejszy. Frosted Swirls ma nuty jagody i wanilii i jest zdecydowanie bardziej odpowiedni na chłodniejsze dni :) Więcej o Incandessence możecie poczytać TUTAJ.

 Hydrożel nawilżający Olay do cery mieszanej i tłustej zamieniłam na krem Garnier do skóry normalnej i mieszanej.


 Hydrożel sprawdził się w zimie, ponieważ pomimo lekkiej konsystencji pozostawia na skórze powłoczkę. Niestety w wyższych temperaturach powoduje ona okropne świecenie. Posiadam skórę mieszaną więc na następcę hydrożelu wybrałam sprawdzony już przeze mnie wielokrotnie krem z Garniera z wyciągiem z łopianu do cery normalnej i mieszanej. Pozwolę sobie przytoczyć swoją wypowiedź na jego temat sprzed 7 miesięcy ;) 
'Co mnie w nim zachwyciło? Przede wszystkich konsystencja.. wodnista - taka jaką lubię, przez to krem jest bardzo lekki, błyskawicznie się wchłania i co najważniejsze świetnie nawilża moją mieszaną cerę. Używam go na dzień ponieważ idealnie nadaje się pod makijaż. Polecam wszystkim posiadaczkom cer mieszanych ;)'

Podkład Rimmel Match Perfection zamieniłam podkładem Maybelline Affinitone.


 Postaram się poświęcić osobny post na recenzję podkładów jakich kiedykolwiek używałam więc powiem tylko że podkład Rimmela uwielbiam! Umieściłam go nawet w ulubieńcach stycznia, zużyłam dwa opakowania i na pewno do niego wrócę :) Natomiast w mojej szufladzie zagnieździło mi się już około 4 podkładów które muszę zużyć, tak wiec nie mogłam sobie pozwolić na ponowne kupno Rimmela ;D Padło na Affinitone od Maybelline. Konsystencja tego podkładu to całkiem inna bajka niż Match Perdection, niesamowicie lejąca tak więc do jego aplikacji nie nadaje się moim zdaniem nic prócz palców. Efekt daje naturalny, jednak jest lekko widoczny na skórze co niezbyt mnie zachwyca.. Krycie średnie w kierunku słabego. Raczej przeciętny podkład.

Maskarę Maybelline One by One zaminiłam na Rimmel Sexy Curves.


Recenzja One by One znajduje się TUTAJ. Natomiast Sexy Curves będzie miała jeszcze swoje pięć minut ;) Wiecie jak bardzo lubię recenzować maskary :D

A teraz już pojedyncze zużycia :)


Płatki kosmetyczne E.Leclerc Wiodąca Marka


Wiem, że płatki to raczej mało interesująca rzecz, ale uwierzcie mi że konkretnie TE SĄ GENIALNE! Miałam dwa opakowania po 120 sztuk i ani jeden płatek mi się nie rozwarstwił. Kosztują coś 2,50 za opakowanie więc mało jakby przyrównać do płatków z Clinic za prawie 5 złotych -.- Jeżeli macie gdzieś koło siebie Leclerca to koniecznie musicie je kupić! :)

Maska do włosów Alterra aloes i granat.


Maseczka absolutnie genialna. Dobrze nawilża przesuszone włosy. Jest jednak jeden kruczek, gdy stosowałam ją po umyciu głowy szamponem okropnie obciążała mi włosy. Na jakimś blogu wyczytałam żeby używać jej przed szamponem i włosy nie będą oklapnięte. DZIAŁA!

Zmywacz do paznokci ISANA o zapachu migdałów.


Migdałami to na pewno nie pachnie.. Jednak zmywa KAŻDY KOLOR LAKIERU W PARĘ SEKUND!

Oliwka pielęgnacyjna HIPP


Nie zaliczam się do zwolenników tej oliwki. Mojego ciała nie nawilżała jedynie natłuszczała. Zużyłam do paznokci żeby lakier szybciej schnął (oczywiście nie działa jak klasyczny wysuszacz, jednak skraca czas wyczekiwania) i nie odciskały się na nim różne faktury (główny efekt) - działa.
Np. chcecie sobie pomalować paznokcie przed snem, a wiadomo że mało który lakier sobie wyschnie na tyle żeby rano wstać bez po odgniatanej pościeli. Malujecie pazurki czekacie 2-3 minutki i smarujecie oliwką, wystarczy kropelka na paznokieć. I tak za 20 minut możecie iść spokojnie spać a rano obudzić się z ładnym manikiurem :) Oczywiście dane liczbowe podałam na oko, każdy lakier jest inny i musicie sobie same dopasować czas zależnie od lakieru ;) Ale patent działa. Wyczytałam to chyba na blogu Marty i parokrotnie sprawdziłam :)




Uff.. to wszystko :)
No, jak mnie nie ma, to miesiąc, a jak już jestem to zbombarduję długaśną notką :P
Mam nadzieję, że dobrze się Wam czytało :)
Używałyście któryś z tych produktów?
Macie podobne czy całkiem odmienne zdanie na ich temat?


Pozdrawiam,









piątek, 11 maja 2012

Ledwo.. ale żyję ;)


Witam kochane! :*


Wiem, wiem. Dużo czasu upłynęło odkąd tu ostatnio coś naskrobałam. Jest mi z tego powodu paskudnie wstyd i linczuję się za to w myślach :P Niestety maj to u mnie miesiąc praktyk zawodowych, więc wstaję o 6:30, z domu wyjeżdżam o 7:30 (muszę dojeżdżać 15 km..) pracuje do około 16, obiad, posiedzieć trochę z rodzinką, spać i tak w kółko. Nie mam siły na nic.. Od 10 kwietnia zaczęłam ćwiczyć ABS + ćwiczenia na uda oraz pośladki i do tego stosowałam serum antycellulitowe z Eveline - moje małe postanowienie w związku z pozyskiwaniem ładnej figury na lato ;) Wytrwałam w tym do 7 maja, potem padałam ze zmęczenia i jedyne o czym marzyłam to iść spać więc ćwiczenia i smarowanie się serum szlag trafił. Jednakże przez prawie miesiąc trzymania się tego planu pojawiły się pierwsze efekty i żałuję bardzo że nie dałam rady tego kontynuować. Obiecuje sobie że gdy tylko zakończę te mordercze praktyki to powrócę do regularnych ćwiczeń i walki z cellulitem :)


Oczywiście gdy tylko znajdę czas koniecznie zrobię recenzję tego serum bo jest zabójczo genialne (mam wersję w pomarańczowej tubce z efektem lekkiego chłodzenia). Nawet moja mama skusiła się na kupno swojej własnej tubki gdy pochwaliłam się jej jaką mam po tym gładziuteńką skórę, a uwierzcie mi na słowo, że moja mama nie smarowała się do tej pory niczym oprócz kremu Nivea który u niej służył do nawilżania całego ciała xD Dla niej więc jest to krok milowy w kwestii pielęgnacji. ( Zdecydowała się na wersję termoaktywną rozgrzewającą [czerwona tubka] - UWAGA! WERSJA VERY HARD, tylko dla prawdziwych twardzielek które potrafią znieść uczucie dosłownie gotujących się pośladków - ja wytrzymałam całe 3 minuty i musiałam to cholerstwo zmyć bo miałam wrażenie że mam poparzenie III stopnia! Moja mama jednak pozostała niewzruszona, co zostało przeze mnie skwitowane, że jest pozbawiona jakichkolwiek receptorów czucia(!) ponieważ mój tyłek dosłownie płonął!! :D)


Mam też przygotowaną całą siatkę pustych opakowań do notki o zużyciach, wybranych ulubieńców marzec/kwiecień i przed chwilą dowiedziałam się o tym że zostałam otagowana (za co bardzo dziękuję). 
Tak więc tylko siły i czasu mi brakuje :((


Tak bez ładu i składu, mam nadzieję, że jeszcze o mnie nie zapomniałyście :*



Pozdrawiam,