wtorek, 27 września 2011

Mentol

Witajcie kochane :*



Dziś na tapetę bierzemy lakier z Vipery, seria Jumpy, nr. 164. 
Jego kolor określiłabym na coś pomiędzy miętą a delikatnym turkusem, szczerze nie jestem do niego zbyt przekonana.. Konieczne są trzy warstwy i jakiś dobry utwardzaczo-nabłyszczacz żeby nie było widać smug (ja użyłam standardowo utwardzacza Wibo i jest ok :))
Pojemność lakieru to 5,5 ml. 
Trwałość o niebo lepsza niż lakierów z Essence, które po kontakcie z wodą dosłownie odpadają płatami -.-
Reasumując bardzo lubię te malutkie lakiery z Vipery i wszystkim polecam :)





Pozdrawiam,
Spark

niedziela, 25 września 2011

Dress for a moment

Witajcie dziewczyny :)


Jest już późno. Powinnam się uczyć, ale oczywiście robię wszystko by tylko nie siedzieć z nosem w kserówkach -.-

Przedstawiam Wam lakier Essence z serii Colour & Go, o numerze 42, nazwie 'dress for a moment', w odcieniu bardzo jasnego koloru lila. Nałożyłam dwie warstwy, mimo to gdzieniegdzie widać drobne prześwity, lakier bardzo smuży.. Aplikacja to nie jest jego mocna strona, jednak dla tego koloru jestem skłonna mu wybaczyć :D Pojemność 5 ml, płaski pędzelek. Na zdjęciu z top coatem Wibo.



 


Miałyście już z nim do czynienia ? 
Jak Wam się podobają takie pastelowe kolory?


Pozdrawiam,
Spark


Żywiec


Hey kochane :)

Właśnie wróciłam z wyjazdu, rozpakowałam już wszystkie torby i przychodzę do Was z relacją. Spędziłam weekend z moim S. w świetnej miejscowości - Żywiec :) Osobiście chodzenie po górach nas totalnie mnie nie kręci, więc widoki podziwialiśmy głównie z balkonu naszego pokoju :D Za to skorzystaliśmy z uroków jeziora Żywieckiego i zwiedzaliśmy różne zabytki znajdujące się w mieście. 

 Wyruszyliśmy w piątek po 15 ze względu na szkołę. Niestety droga dłużyła się okropnie przez niekończące się korki w Bielsko-Białej.. W tym momencie zazdroszczę wszystkim którzy mają klimatyzację i nie muszą wdychać smrodu spalin...    

Po ponad półtorej godziny byliśmy na miejscu. Noclegi zamówiłam w Zarzeczu - miejscowości oddalonej od Żywca o 7 km (link do strony). Pan Daniel okazał się być bardzo kompetentnym i sympatycznym gospodarzem, a pokój który dostaliśmy był spełnieniem moich najśmielszych oczekiwań (standardy 3 gwiazdkowego hotelu m.in. ręczniki, tv, internet), dlatego szczerze polecam Wam ten ośrodek :) 

Widoki z balkonu..

 

W sobotę wybraliśmy się do Żywca zwiedzać Muzeum Browaru. Najpierw jednak wstąpiliśmy do Karczmy Żywieckiej na obiad (link). Wystrój piękny, żarełko pyszne (pierogi ruskie mniam!), jednak obsługa fatalna - panie zachowywały się tak jakby miały obsługiwać za karę. Więc nie polecam.


Zwiedzanie mieliśmy dopiero a 15:00 więc pospacerowaliśmy jeszcze trochę po parku Habsburgów..


 W końcu przyszedł czas na wyczekiwane zwiedzanie muzeum.. Przewodnik opowiadał bardzo zwięźle i w miarę ciekawie. Najbardziej podobał mi się 'wehikuł czasu', który przeniósł nas w uroczą uliczkę z przed stulecia, widoczną na zdjęciach poniżej. Na koniec była degustacja i upominek w postaci szklanki z logo browaru. Naprawdę fajne miejsce, polecam tam zajrzeć :)

 
Po wyjściu z muzeum poszliśmy na kawę i ciacho do niepozornej Pracowni Cukierniczej "Gołuszka". Skusiliśmy się na ciasta o nazwie 'trójkąt czekoladowy/toffi', obydwa rozpływały się w ustach..!


Pobyt w Żywcu zakończyliśmy spacerem wzdłuż brzegu rzeki..

Wróciliśmy do Zarzecza i wieczorem poszliśmy jeszcze nad jezioro..


Zachód słońca..


Niestety doba hotelowa kończyła się o 10, więc rano szybko spakowaliśmy manatki i wyjechaliśmy. 
Mój S. zaplanował, że nie będziemy już jechać przez Bielsko-Białą, więc rozplanował inną drogę, która koniec końców i tak poprowadziła nas przez BB xD
Jeszcze szybki skok do KFC... ( to straszne ale ostatnio jadam tam coraz częściej xD)


Nie obyłoby się oczywiście bez malutkich zakupów...


Essence nr. 42 dress for a moment
Vipera nr.164
Próbka podkładu Lirene w kolorze 407 light



A wy jak spędziłyście weekend? :)

Pozdrawiam,
Spark

sobota, 17 września 2011

Ohh! Blushed again..


Hey dziewczęta :)

Dziś przychodzę do Was z małą recenzją różu do policzków firmy Miss Sporty, który testuję już jakieś trzy tygodnie. Jak zauważyłyście mało u mnie recenzji kosmetyków kolorowych, wynika to z prostych względów - staram się zużywać to co mam nie wydając pieniędzy na nowe produkty oraz praktycznie co dziennie wykonuję taki sam makijaż - szybki, minimalistyczny, dzienny :D O kosmetykach które nadal w większości używam możecie poczytać TU.


Róż o którym mowa w dzisiejszym poście nosi nazwę "Ohh!BLUSHED again..' i jest w odcieniu 003 Sienna - róż złamany brzoskwinią - moim zdaniem kolor idealny dla szatynek.




Koszt produktu to niewiele ponad 10 złotych.
Bardzo dobrze współpracuje z pędzlem, świetnie się rozciera, nie robi brzydkich placków ani smug jak w przypadku różu z Wibo.
 Pigmentacja jest dla mnie idealna, mogę sobie budować efekt taki jaki chcę uzyskać. Od bardzo delikatnego do wyrazistego. Nie możliwe jest zrobienie sobie nim krzywdy :)
Powiedziałabym, że trwałość tego różu zawiera się w przedziale od 4-6 godzin w zależności jak często dotykamy twarzy, więc całkiem nieźle jak na mój gust :D
 Z pewnością kupię sobie inne odcienie.
Polecam.

 * * *


· Nowy hotel nie jest jakoś dużo lepszy, jednak nie muszę już oglądać swojej byłej 'szefowej' więc od razu lepiej się pracuje :D
· Jutro wybieram się na symfoniczny koncert Comy  do Kielc, nigdy nie byłam na tego typu koncercie więc jestem niesamowicie podekscytowana.. Słucha ktoś? <klik>
· W następnej notce może poopowiadam Wami o mojej niedużej kolekcji pędzli, co Wy na to? :)


Pozdrawiam,
Spark


środa, 14 września 2011

Codzienny rytuał


Hey kochane :*

       Z góry przepraszam za moje opuszczanie się w pisaniu, jednak szkoła skutecznie wysysa ze mnie pokłady czasu i chęci na cokolwiek. Obiecuję poprawę. Z racji tej, że nie mam kompletnie pomysłu na posty, a recenzja wydaje mi się być mało ciekawym tematem, poopowiadam Wam dziś o tym jak pielęgnuję swoją buźkę. Zainteresowanych zapraszam do lektury.

       Zacznę od tego, że moja skóra to książkowy typ cery mieszanej. Czoło, nos, broda to istne, świecące się, pole minowe z rozszerzonymi porami i sporadycznymi zaskórnikami. Co za tym idzie muszę być bardzo ostrożna dobierając kosmetyki i nie lubię z nimi eksperymentować. Nigdy nie miałam problemu z trądzikiem, jednak od kiedy pamiętam towarzyszą mi czarne kropki na nosie i brodzie oraz liczne nierówności w okolicach czoła. Czy dla którejś z Was wydaje się to znajome? ;)

       Jak powszechnie wiadomo podstawą do gładkiej i zdrowo wyglądającej buźki są trzy podstawowe kroki : oczyszczanie, tonizowanie i nawilżanie. Nie zapomnijcie także o najważniejszym - SYSTEMATYCZNOŚCI!

       Dużo wody upłynęło zanim znalazłam kosmetyki, które były by dla mnie odpowiednie i nie kosztowały fortuny. Tym sposobem przechodzimy do kwintesencji mojej opowieści :D


* * *
  


 
Rano nie myję swojej twarzy. Przemywam ją wyłącznie tonikiem - to wystarczy żeby zebrać sebum i przygotować skórę do dalszych zabiegów.  Używam najzwyklejszego toniku nagietkowego z Ziaji do cery suchej i normalnej. Próbowałam ogórkowego, ale pokazywali mi się po nim nieprzyjaciele i skapitulowałam. Tak więc zostałam przy łagodniejszej wersji. Delikatnie pachnie, wyraźnie odświeża i pielęgnuje skórę.
Polecam z czystym sumieniem.







 

 Następnie nakładam krem nadający się pod makijaż. Aktualnie mam ich dwa, jednak z reguły nigdy nie kupuję nowego póki nie skończę poprzedniego. W lecie używałam częściej kremu z Sorayi z minerałami i witaminami, ponieważ nie potrzebowałam dużego nawilżenia. Produkt ma przyjemny zapach, delikatną konsystencję, szybko się wchłania, nie pozostawia lepkiej warstwy i nadaje się pod makijaż. Oczywiście nie rozświetla ani nic z tych rzeczy ;)
Aktualnie jednak powróciłam do odżywczego kremu z Nivei do cery suchej i wrażliwej. Ma on już bardziej treściwą konsystencję, pozostawia na skórze lekki film, a jego zapach jest zdecydowanie dla mnie za ostry. Jednak niezaprzeczalnym plusem tego produktu jest fakt, że pozostawia moją skórę świetnie nawilżoną i gładką :)






To by było na tyle jeżeli chodzi o poranne czynności pielęgnacyjne. 
Dopiero wieczorem zaczynają się schody :)


 
 



 Do demakijażu służą mi dwa produkty :
-Mleczko nawilżające do demakijażu twarzy i oczu z Lirene do cery normalnej i mieszanej - stosuję je tylko do gruntownego pozbycia się resztek makijażu jaki pozostał mi na twarzy po całym dniu oraz wszelkich zanieczyszczeń jakie się na niej osadziły. Omijam okolice oczu. Produkt zostawia delikatny film co mnie niesamowicie wkurza, jednak dobrze spisuje się w roli do jakiej go przydzieliłam ;)




 
 





-Płyn do demakijażu oczu Rival de Loop do każdego rodzaju cery. - moje ostatnie odkrycie choć wiem, że jest Wam pewnie już dobrze znany. Milion razy lepszy od uniwersalnego płynu z Ziaji! Wydajny, idealnie zmywa tusze, kredki, cienie, eyelinery i wszystkie inne szmery bajery, nic nie rozmazuje i do tego jest bardzo delikatny dla moich oczu, które są zmęczone po całym dniu noszenia soczewek kontaktowych. A do tego jest tani jak barszcz ;D











Następnie myję buźkę żelem Synergen do cery wrażliwej. Ma on tyle samo zwolenników co wrogów. Według mnie bardzo dobrze oczyszcza skórę, jednak przez zawartość SLS pozostawia ją ściągniętą (bez dramatu), świetnie się pieni, wygodnie aplikuje. Sukcesywnie zużywam już moje któreś z kolei opakowanie.








 

Regularnie, co dwa dni używam peelingu. Używam produktu z tej samej serii co żel, Synergen do cery wrażliwej. Pozwolę sobie tu przytoczyć moją ostatnią wypowiedź na jego temat z poprzedniej notki, ponieważ nic się nie zmieniło : "Co do przeznaczenia tego peelingu to drobiny ma tak ogromne, że skóra wrażliwa powinna się go moim zdaniem wystrzegać.. Natomiast nic mi tak cudownie nie oczyszcza twarzy jak ten peeling. Widocznie odblokowuje mi pory, niweluje zaskórniki, wygładza wszelkie grudki. Polecam dla osób ze skórą normalną bądź mieszaną i zdecydowanie NIE WRAŻLIWĄ."




Do pielęgnacji dołączam też maseczki głównie oczyszczające i nawilżające. Zmieniam je jak rękawiczki, więc pokażę Wam te, które aktualnie posiadam :) Stosuję je około dwa razy w tygodniu w zależności od potrzeb mojej skóry w danym momencie.
*Soraya Care&Control maseczka drożdżowa silnie oczyszczająca.
*Maska nawilżająca Ziaja z zieloną glinką do cery suchej i normalnej.
*Podwójna maseczka Bielenda do cery mieszanej i tłustej. Oczyszczanie + Nawilżanie. - Jedna z najlepszych maseczek jakie miałam!!! Wersja oczyszczająca działa cuda.. Pory są widocznie zwężone, wysusza wypryski, pozostawia skórę miękką i gładką w dotyku..


Po tych zabiegach tonizuję skórę wyżej wymienionym nagietkowym tonikiem z Ziaji.

 



Na koniec używam najzwyklejszego, mocno nawilżającego kremu jakim jest - klasyczna Nivea :) Kładę na noc nie za grubą warstwę i rano budzę się z gładką w dotyku, zdrowo wyglądającą twarzą :)
Nie zapycha mnie, nic mi po niej nie wyskakuje, znakomicie koi wszelkie podrażnienia..
Nic dodać nic ująć, mój numer jeden na noc!






* * *


A jak wygląda Wasza codzienna pielęgnacja? Dużo różni się od przedstawionego przeze mnie schematu? Co robicie inaczej? :)

Trzymajcie się ciepło :)



Pozdrawiam,
Spark


 PS. Jutro zaczynam praktyki w nowym hotelu - trzymajcie kciuki!

czwartek, 8 września 2011

Recenzja - Maskara MANHATTAN



Cześć dziewczyny :)


Mam dzisiaj tak kiepski dzień, że muszę go sobie poprawić pisząc coś dla Was :) Stanęło na recenzji tuszu do rzęs, który testuję już od około tygodnia. Wiem, że to krótki okres czasu jednak pewną opinię już sobie wyrobiłam i wątpię by uległa ona zmianie. Od tuszu do rzęs oczekuję przede wszystkim ich wydłużenia, niczego więcej.. Tak, co by wydobyć moje w miarę głęboko osadzone oczy  xD A więc do konkretów :)



Koszt : około 16 zł
Pojemność : 6 ml
Opakowanie : Od razu gdy je zobaczyłam, przypadło mi do gustu. Nie jest kiczowato-kolorowe. Czarne, klasyczne z srebrnymi napisami. Moim zdaniem dzięki niemu tusz wygląda bardzo profesjonalnie :) Widnieje nam nim dokładny opis rodzaju tuszu oraz dodatkowe informacje. Wydaje mi się jednak, że po jakimś czasie napisy mogą się przetrzeć.. 
Szczoteczka : Istny koszmarek. Klasyczna spirala z sztucznego włosia. Nie byłoby w tym nic specjalnego, gdyby nie jej specyficzna budowa - szeroko rozstawione włosie. Właśnie przez tę budowę zbyt duża ilość tuszu wydobywa się z opakowania i gdy nie zbierzemy nadmiaru, wyląduje na naszych rzęsach SKLEJAJĄC JE W PAJĘCZE ODNÓŻA! O ile nie jesteście fankami tego efektu to radzę Wam.. Gdy kiedyś będziecie widziały, że jakikolwiek tusz ma taką szczoteczkę - uciekajcie!
Konsystencja : Bardzo gęsta.
Trwałość : W tym przypadku tusz został przeze mnie wyniesiony na ołtarze. Trzyma się od rana do wieczora, ZERO osypywania się (mój odwieczny problem). Tusz-ideał w tej kategorii :D
Efekt : Będziecie mogli zaobserwować na zdjęciach poniżej. Dodam tylko, że trzeba się okropnie napracować aby osiągnąć zadowalający efekt. Najlepiej pomalować tuszem rzęsy i dodatkowo zebrać nadmiar produktu jakąś starą szczoteczką, która Wam je dobrze rozczesywała. Używam właśnie takiej szczoteczki z tuszu Essence Maximmum definition (recenzja) oraz igły do rozdzielania posklejanych rzęs.
Demakijaż : Używam płynu do demakijażu i wszystko ładnie, gładko schodzi. Bez efektu porannej pandy. :)

Ocena końcowa : Ogólnie tusz jest bardzo dobrej jakości, jednak sięgam po niego tylko w tedy, gdy mam czas na popracowanie nad efektem końcowym. Nie ma mowy o ekspresowym makijażu z użyciem tego produktu. Polecam ze względu na jego trwałość.



A teraz to na co pewnie najbardziej czekałyście ZDJĘCIA :D



Opis producenta:
Szczoteczka zaraz po wyciągnięciu z opakowania...

I szczoteczka po oczyszczeniu...

Efekt (po 'rozklejeniu' rzęs) :


 
***


Przeżyłam dzisiaj pierwszy dzień praktyk w nowym roku... 
Wykończą mnie tam psychicznie -.-
Mam nadzieję, że Wasz dzień był w lepszych barwach.



Pozdrawiam,
Spark